RSS
wtorek, 30 listopada 2010

Choruję, choruję i choruję. Jak wrócę do siebie - wróce na blog. dzięki za wszystkie maile pytająco-poganiające, ale - najpierw ja. Czytam, czytam, ale nie daję rady pisać.

Najcieplej, Do

00:07, wierszarka
Link Komentarze (4) »
sobota, 30 października 2010

Zmarł Ludwik Jerzy Kern. Wczoraj w nocy przychodzi SMS od Tomka. Ile pokoleń się na nim wychowało? Kern to Ferdynand Wspaniały i wierszyki z ostatniej strony „Przekroju”. Pamiętam, że mama zawsze zaczynała od niego (a ja – jeszcze całkiem malutka – od Filutka).

Kilka dni temu, redagując Jana Karpa (baaardzo fajna książka! Będzie niedługo!), gdzie jest Wasza Wysokość, Wasza Szerokość – przypomniałam sobie Najwyższy Sądzie, Średni Sądzie, Niski Sądzie.

A pamiętacie, jak Ferdynand oglądał wiadomość kilka razy z rzędu, a potem powtarzał je sobie na nowo – żeby być na bieżąco, gdy spotka kogoś znajomego?

Jak czytał gazetę?

Jak jeździł windą J

Myślę, że każdego z nas uśmiechał.

Wakacje dwa czy trzy lata temu. Jedziemy z Hiszpanii do Francji. Słuchamy Karampuka. Dwoje polsko-hiszpańsko-języcznych dzieci śmieje się we właściwych momentach – czyli rozumieją. Ale najbardziej pękamy ze śmiechu my – całkiem już dorośli. No dobrze – najbardziej zaśmiewam się ja... Obiecuję sobie zaraz po powrocie wrócić do Kerna. Obiecanki-cacanki. Teraz też sobie obiecuję. Zaraz odszukam dużą czerwoną książeczkę z Ferdynandem spoglądającym jak cesarz z portretu...

Co można zrobić dla nieznajomego pisarza w dowód wdzięczności? Chyba właśnie zachować w pamięci jego książki. Z wdzięcznością.

A że życie to niekończąca się anegdota – przypominamy sobie wczoraj  z Tomkiem (SMS-owo), jak wtedy, tuż przed audycją, sprawdzaliśmy, czy Ludwik Jerzy Kern żyje (bo – nie ma się co oszukiwać – był w naszym życiu zawsze i od zawsze – przynajmniej w mojej pamięci – jako starszy pan J Tymczasem jedno z nas sądziło, że Ludwik Jerzy Kern nie żyje. Ja twierdzę, że to ja się pomyliłam, a Tomek – że Tomek. Na szczęście to sprawdziliśmy...

A wczoraj – obojgu nam równie źle, że nie ma już po tej stronie tęczy autora Karampuka. Tuż przed Wszystkimi Świętymi, do których dołączył. Ale jego bohaterowie są z nami – więc proszę, poza świeczką dla Kerna, policzcie sałaty w ogrodzie magikowej albo zreperujcie świece w samochodzie magika, albo pójdźcie do kapelusznika po magiczny cylinder, albo pograjcie w klasy – słuchając mistrzowskich nagrań Buki (Buka to 100% udanych audioboków – to tylko krótkie nawiązanie do wczorajszych narzekań na niektóre Służące).

PS Dziś Faustynka (też poznana niegdyś w radiu,w Dwójce - jaka jestem wdzięczna radiu... za przyjażnie, które są silniejsze niż zmiany na górze, dole i na zapleczu) esemesuje o śmierci LJK i pisze, że jej syn, Mateusz, bardzo lubi Ferdynanda. Czy mogą być piękniejsze slowa pożegnania dla pisarza?

15:30, wierszarka
Link Komentarze (1) »

Układam misterny plan – tyle czasu do zagospodarowania!

Mam nadzieję, że wreszcie doczytam książki spadające za często z „półki na emeryturę”, odpiszę na wszystkie zaległe maile, będę serfować ile dusza zapragnie po Internecie, pisać bloga (więc już wiadomo, że nic z tego)...

Tymczasem z książkami jest – jak pisał Wojciech Widłak (znany przede wszystkim jako twórca Pana Kuleczki) w Sekretnym życiu Krasnali w Wielkich Kapeluszach:

„Kiedy [Wierzbownik] kończył czytać ostatnią książkę, okazywało się, że tymczasem ukazały się dziesiątki, setki, a nawet tysiące nowych i Wierzbownik rzucał się na nie, żeby zrealizować w końcu swoje piękne zamierzenie. Po jakimś czasie, gdy odwracał ostatnią kartkę z ostatniej książki zdjętej z kolejnej sterty, znów okazywało się, że ma do przeczytania dziesiątki, setki i tysiące nowych”.

Czuję się jak ten Wierzbownik. Ale w końcu miłe, że chociaż próbował... Prawda?

Kończę Szczygła. Zrób sobie raj. Właściwie chciałoby się pisać o każdym zdaniu tej książki. Zaskakujące spostrzeżenia. Zero banału. Świetny język.

Nie wiem na jakiejś stacji telewizyjnej przypadkowo słyszę rozmowę ze Szczygłem. Jak zawsze w tv – za krótką, za powierzchowną (to nie przytyk do Szczygła, tylko do tv – zauważyliście, że kompletnie nikt nie wierzy w książkę przed kamerą? No, może gdyby ją ugotować? Potrawka z kartek, pulpety ze słów...). Cała (przebogata) książka zostaje sprowadzona do pytania: „Jak się Państwu żyje bez Boga?”.

A przecież tyle tu innych zaskakujących motywów. Tyle Czech, nie tylko tych „bez Boga”.

Kilka minut później, również przypadkiem, znów Szczygieł, na innym programie. I znów – leitmotiv: „Jak się Państwu żyje bez Boga?”. Myślę o przebojach, które lansuje się w nieskończoność, aby w końcu ludzie kupili całą płytę. Może to właśnie ta metoda? A niech tam,  byle nie tylko kupili, ale jeszcze przeczytali ;-0

Obiecałam Szczygła Kosiorkowi. Bardzo tęsknię za audycjami. Jak ja zdążałam czytać wtedy tyle książek z tygodnia na tydzień? – myślę. A przecież nie chodzę od kilkunastu dni do pracy, więc czasu powinno być więcej, tymczasem mam wrażenie, że jest odwrotnie. Może niepotrzebnie się wysypiam? Choć tylko czasami. Bo najczęściej całe wieczory słucham audiobooków. Dwa tomy Millenium za mną. Gosztyła jest po prostu fenomenalny. Maluje głosem. Buduje napięcie prostymi środkami (nie starając się zrobić na siłę słuchowiska). Opowieść staje się bardziej plastyczna, ciekawsza. W sumie – ponad 40 godzin, a trzeci tom – po 10 listopada.

Trudno znaleźć kolejny tak dobry audiobook. Nie mogę słuchać Tomasza Jachimka (bardzo przepraszam – skorzystałam z alternatywy, która podsunął sam autor – doczytam Handlarzy czasem ;-)

Niewielu autorów czyta genialnie. Joanna Kulmowa – absolutna mistrzyni! A potem długo, długo nikt...

W końcu – żeby się nie odzwyczaić od słuchania (to również umiejętność, niedoceniana chyba) – sięgam po Łabędzia i złodziei Elizabeth Kostovej. Czytają Jacek Rozenek i Anna Dereszowska. Próbuję śledzić historię, ale wciąż łapię się na poprawianiu Rozenka – słysząc „tylnie” i równie piękne kwiatki – raz ucieka kropka, to znów przecinek tworzy jakiś nowy sens... tylko szkoda, że ten prawdziwy ucieka. Zastanawiam się, skąd ten pomysł na dwa głosy. W końcu Gosztyła dawał sobie spokojnie radę sam. Nawet w roli wyrośniętej Pippi ;-0

Tylnia tylniej nierówna – bo kiedy Anna Seniuk w roli czarnej służącej w Służących Kathryn Stockett mówi „tylnia” i „weź zrób” – to wiadomo, skąd ta „tylnia” i każdy kolejny „swetr”. No tak, ale i służące są czytane na trzy głosy (pozostałe dwie to Anna Guzik i Karolina Gruszka). Staram się przeczekać, przetrzymać rozdziały Gruszki (szkoda nie dosłuchac tak dobrej książki) – ściągnięte samogłoski, mlaskanie, no nie... A taka dobra była w Dlaczego dziecko gotuje się w mamałydze? Przytłaczająca powieść, wstrząsająca, i Gruszka czytała ją naprawdę znakomicie. Pamiętam łąkę, na której jej słuchałam; piękne słońce, niebo jak niebo – a ja skulona od słów.

Veteranyi Aglaja – bolesna jak Herta Müller (przyjeżdża do Polski – wiecie?). Drogo zapłaciła za ten ból. Ale może gdyby nie zapisywała – popełniłaby samobójstwo jeszcze wcześniej?

Zastanawiam się, czy audiobooki mają redaktorów. A jeśli tak, to czemu zostaje tyle błędów językowych?

Tak, tak… Już północ. A ja od kilku dni słucham do snu Anny Seniuk czytającej baśnie norweskie Zamek Soria Moria. I znów mi dobrze…

00:12, wierszarka
Link Komentarze (1) »
środa, 13 października 2010

Nie piszę, bo słucham. No, nie mogę się oderwać!

Krzysztof Gosztyła czyta Millenium. Ale jak czyta!

Dobra książka plus dobry aktor nie zawsze równa się dobry audiobook (jak ja nie lubię Sekretnego życia  Krasnali w wielkich kapeluszach w wykonaniu Jana Peszka, choć lubię Peszka a książkę Wojciecha Widłaka wprost uwielbiam – w końcu nie przez przypadek wręczałam Mu „Srebrny Kałamarz”, czyli nagrodę im. Hermenegildy Kociubińskiej – a jednak dwa plusy w tym wypadku nie dały – według mnie – plusa).

Tymczasem od czytanego Millenium nie mam siły się oderwać. Dziś tylko przerwa na spotkanie z Elą Cichy z EZOPA (jest nowa książka Anny Provoost W cieniu Arki – bardzo na nią czekałam; uwaga – Anna Provoost przyjedzie na targi w Krakowie, będzie podpisywać o 13 w sobotę 6 listopada – aha, na hasło „Dorota Koman poleca ;-0” dostaniecie od Eli książkę (nie żartuję), a na niej podpis pisarki (koniecznie!), ale tylko w sobotę o 13 na krakowskich Targach!!! Prowadziłam kiedyś promocję Upadków – wciąż powraca do mnie ta książka... I postać Autorki – niezwykła osoba, jedna z tych, z którą chciałoby się nie kończyć rozmowy).

Dziś jeszcze tylko dwie godziny niesłuchania Gosztyły –  z powodu słuchania (i myślenia) o Egzekutorze (na pewno napiszę, tylko doczytam – bo na razie gryzie mnie problem, ale książka musi poczekać, bo słucham...).

Głupio się przyznać, ale przez to słuchanie nie doczytuję ostatnich stron świetnej nowej książki Mariusza Szczygła (oczywiście o Czechach) – napiszę, jak tylko skończę. Naprawdę świetna! Ale włączyłam Gosztyłę „na chwilę” – i wsiąkłam! Na swoje usprawiedliwienie mam tylko wyrwaną ósemkę – powiedzmy, że w tym stanie można tylko słuchać ;-))) Mocne L-4?

Czy to wystarczająco wielka pochwała Millenium Larssona/Gosztyły?

23:24, wierszarka
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 04 października 2010

Nike dla Naszej klasy Tadeusza Słobodzianka! Dowiaduję się o tym od nieocenionego Kosiorka. Sama jestem tak zagoniona (po chorobie, a przed Frankfurtem), że zapominam, że jest 3 października. Rano na chwilkę biegnę do pani Julii Hartwig, potem do Kiry Gałczyńskiej, żeby się wspólnie nacieszyć (i delikatnie oblać) jej Książkę Roku (Mój Anioł ma skrzydło zielone)! Przede wszystkim jednak kończę czytać Łąkę umarłych (obiecałam napisać recenzję jeszcze przed wyjazdem...). I kiedy ze zdławionym gardłem (i Naszą klasą w skojarzeniach) czytam ostatnie strony Marcina Pilisa, przychodzi SMS od Tomka: „Słobodzianek ma Nike”.

Natychmiast zmieniam plan jutrzejszej prezentacji w „Czterech Porach Roku” (a jeszcze kiedy wpadła Mariola Pryzwan z moimi nowymi krzesłami – bo stare się połamały... a ja głupia już za nimi tęsknię... – w dobrej wierze podałam zupełnie inny zestaw „książek na jutro” :-)

Tymczasem taka radość (ostatni raz tak się cieszyłam, kiedy Nike dostawał po raz drugi Wiesław Myśliwski; bo już przy Tadeuszu Różewiczu pomyślałam tylko z satysfakcją: nareszcie! Po tylu kolejnych rozczarowaniach (do dziś nie rozumiem, czemu wcześniej go pomijano), nie miałam siły na prawdziwy entuzjazm.

Zaczynam paniczne poszukiwania egzemplarza. Tylu osobom polecałam tę książkę, tyle ostatnio o niej mówiłam, no, dopiero co miałam w ręku (ech, gdyby ten „Pan od regału” wiedział, jaki mam przez niego bałagan...).

Ślę SMS-y po znajomych, czy ktoś nie pożyczył Naszej klasy. I w końcu po prawie 3 godzinach – znajduję ją między książkami dla dzieci, w torbie przyniesionej z radia. Jasne – robiliśmy z Michałem Montowskim w Dwójce audycję 1-wrześniową. Maleńka, czarna (pięknie wydana) książeczka przytuliła się do równie czarnej Szkoły czarownic...

Ale to tylko na pozór maleńka książeczka. Bo jakże wielki ból zapisany. Wielka nienawiść wyrosła z małych zawiści czy niewielkiej zazdrości, jakiegoś męsko-damskiego (a raczej jeszcze chłopięco-dziewczęcego) odrzucenia, jakiegoś nieporozumienia. Wielki dramat – z na pozór nieszkodliwych, a jakże trujących słów w stylu: „Polskę od Żydów racz wyzwolić, Panie”. I wielki strach. I wielka gra pozorów. Zacieranie śladów. Ukrywanie dawnych win za kolejnymi. Historię piszą zwycięscy.

Od pierwszej chwili wiem, że jutro zestawię Naszą klasę – wydarzenie artystyczne na miarę Umarłej klasy Tadeusza Kantora, o sile greckiej tragedii,  z chórem coraz to starszych z każdą „Lekcją” (życia) uczniaków z Drugą duszą Anny Dodziuk. Miłośnicy „Zostaw wiadomość” z pewnością ją pamiętają – a ja poznałam panią Anię na urodzinach Tomka i jestem pod wrażeniem. Jej książki również, oczywiście (ech, jakie to koszmarne doświadczenie, gdy ktoś, kogo lubisz, nie napisze dobrej książki, i nie wiadomo, jak mu to powiedzieć... Ale tu oczywiście nie było tego problemu, absolutnie nie – książka była fascynacja od pierwszego wejrzenia – tą wielką pasją i... kolosalną pracą Ani. I współczucie, że za nią wielka selekcja materiału – a to potrafi boleć autora, oj, potrafi).

Z jednej strony – duchy Jedwabnego, z drugiej – „druga dusza” – jak odrodzenie Kazimierza, jak fascynacja kulturą żydowską, jak odkłamywana historia polsko-żydowska. „Druga dusza” – gdy na Kazimierzu podpisują Gross, Keret czy Szewach Weiss, a wśród gości festiwalu (czyli publiczności...) widzisz Miłosza czy kardynała Macharskiego. Gdy czytasz o twórcy festiwalu – Januszu Makuchu, który nie będąc przecież Żydem, wymarzył sobie tę imprezę i fantastycznie to marzenie zrealizował. Chłopaka z Puław (kiedyś, przed Zagładą, prawie w połowie żydowskich), który chciał przywrócić pamięć tym 65 tysiącom Żydów, którzy mieszkali kiedyś na Kazimierzu, a których po wojnie została garstka...

Z podziwem myślę o rewelacyjnej dyscyplinie słowa Słobodzianka. Z drugiej strony podoba mi się wielość form narracji i piękna opowieść ikonograficzna w książce Dodziuk (nie piszę „albumie”, choć to określenie samo się narzuca, gdy widzisz tak piękne, bogate wydanie, ale nie chcę zubożyć wartości słów – które są tu równie ważne).

Druga dusza jest jak balsam na rany bohaterów Słobodzianka. Bo poza Bakerem (przed wyjazdem z Polski był po prostu Piekarzem) wszyscy z Naszej klasy są skrzywdzeni. A przecież naszej klasy – jak pisze Leonard Neuger w posłowiu, nie można sobie wybrać.

Jesteś do niej przypisany – jak do pokolenia. Jak to wydarzeń historycznych, przed którymi się nie uchronisz. I będziesz musiał się opowiedzieć.

Mądry, tak głęboko czujący i pięknie piszący o książkach Leonard Neuger.

W dużej mierze to dzięki Niemu wydałam kiedyś swój pierwszy tomik, to On pomógł nieznanej nikomu a sobie zaledwie od paru minut debiutantce; do dziś śpiewam jego przepiękną Kolędę; nigdy nie zapomnę róż przysłanych ze Szwecji... wyższych wówczas od mojego Synka, gdy wysłałam Mu miniaturową książeczkę Freud by się uśmiał – dla takich chwil się żyje; choć gdy przychodzą... (Hm, taka socjalistyczna kobitka jak ja umiała wtedy tylko spytać posłańca: „Pokwitować”) – koniec nawiasu... :-)

Ech, jak się cieszę, że w związku z Nike będę mogła pogadać w mediach choć trochę o tym, co przecież tak ważne, bez przygany, że znów „przysmucam”...

PS "Zostaw wiadomość" o Naszej klasie na www.arspolona.com.pl z 27 VIII

22:09, wierszarka
Link Komentarze (1) »
czwartek, 30 września 2010

Leżymy obie - ja i grypa.

Od wczoraj słucham Gorzkiej czekolady Lesley Lokko. Czyta mi Maria Seweryn. Wściekam się, złoszczę, ale nie wyłączam. Znacie to uczucie? Niby wiecie, że to nie najlepsze, ale nie wyłączacie - filmu, muzyki, audiobooka. Książkę można przejrzeć. Stwierdzić, że to banał, i odłożyć. A jak mam przejrzeć audiobooka?

Gorzką czekoladę poleciła mi Ania ze Świata Książki. Powiedziałam jej, że bardzo lubię audiobooki i chętnie polecałabym je w moich audycjach. Trochę się bałam Marii Seweryn (kiepskie doświadczenie po Ściance działowej Sowy), ale Ania zapewniała, że jest świetna (hmm, świetnie, kiedy się czyta "historyczna" zamiast "histeryczna" itd. -  czy nikt tego nie odsłuchiwał?!). No i masz ci los. Im dłużej słucham, tym bardziej banalna wydaje mi się ta historia. Ale wciąż mam wrażenie, że skoro tak fajna osoba mi to poleciła... Może już za moment książka stanie się lepsza? Słucham dalej. Nie mogę przejrzeć płyty jak książki. Więc słucham cierpliwie. Z nadzieją. Czas płynie. Ja - mimo woli - wciągam się w historię trzech dziewczyn - może fajną na film, ale czemu mam jej poświęcać tyle godzin (99 plików, buuuu, jestem przy 89)?

Kiedy słucham Czytelniczki znakomitej Alana Bennetta w wykonaniu Anny Seniuk, wiem, jak wiele daje mi jej interpretacja. Cóż z tego, że wcześniej czytałam książkę?... Słucham dla radości słuchania! Anny Seniuk Królowa Elżbieta zakochana w książkach jest fantastyczna. Ileż tam się dzieje - w głosie, w języku, w rytmie słów. Ile niuansów, dowcipu. Kiedy kończy się tamta płyta, zawsze mi smutno. Teraz odliczam pliki do końca - może w końcu dowiem się, co się w tej Gorzkiej czekoladzie tak spodobało Ani?

Jasne, że Ani może się podobać Maria Seweryn czytająca o zawiłych losach bohaterek (zawiłe: panna X ma mieć dziecko z żołnierzem, który - jak się okazuje - ma żonę; rodzi i sprzedaje dziecko, potem dla pieniędzy pozuje nago do zdjęć, kręci film porno, którego z czasem użyją przeciw niej, gdy już będzie żoną syna milionerów; ok, to nie koniec; ale 3/4 książki; teraz X jest już projektantką - a jeszcze 10 plików przede mną... Zawiłe losy pozostałych dwóch bohaterek - podobne). Banalne, prawda? Oczywiście, wiele losów wydaje się banalnych; może jeszcze doczekam się odpowiedzi, dlaczego Ania tak lubi tę książkę? Czy dlatego, że bohaterka ma skórę koloru czekolady?

Nie, nie przestrzegam. Takie książki i audiobooki są z pewnością  potrzebne. Dostojewski szukał natchnienia w kiepskiej literaturze...

Ale ja jestem całym sercem po stronie Czytelniczki znakomitej.

PS Dosłuchałam. Banał nie banał, i tak się na koniec spłakałam... Czekoladowy wyciskacz łez...

17:48, wierszarka
Link Komentarze (1) »
niedziela, 26 września 2010

Przepraszam, że tak późno przypominam, ale jutro w Jedynce, w Czterech Porach Roku o 10.20 pierwszy raz po wakacjach – książki. To znaczy byłam niedawno – żeby porozmawiać o współczesnej literaturze dla dzieci – i tęsknocie do starych książkowych przebojów, ale to nie była jeszcze ta cykliczna audycja.

Jutro:

Leopold Tyrmand dotąd niepublikowany w formie książkowej – „Pokój ludziom dobrej woli...”; świetnie, że wreszcie w twardej oprawie! Szkoda mi było Tyrmanda do broszurowych wydań, choć oczywiście najważniejsze, że w ogóle są.

Książka biograficzna Barry’ego Forshawa: „Stieg Larsson. Mężczyzna, który odszedł za wcześnie” (oj, chciałoby się na tym blogu pogadać, za co kochamy „Millenium” – halo, kto pierwszy odważy się napisać? Ciekawe zjawisko: nagle nikt nie marudzi, że nie ma czasu na czytanie, że długie książki to nie dla człowieka współczesnego, tylko wszyscy wokół łykają Larsona bez szemrania... :-)

A dla dzieci i Rodziców (nie może być inaczej): „Siedmiu Wspaniałych” Roksany Jędrzejewskiej-Wróbel. Urzekła mnie już pierwsza z bajek (o mamie Kopciuszku – tak, nie ma literówki: Kopciuszku, nie Kopciszka, bo to mama jest  na posyłki dwóch rozkapryszonych siostrzyczek), a potem było tylko lepiej...

Jutro napiszę więcej. Słowo. Dziś padam na nos.

Dzięki, Szanowne Panie, za dobre słowa – to najlepsza kredka do malowania tego świata. Naprawdę. A regał stanął, ale w miejscu – Pan od regału zniknął, zamilkł. Ech, kocham takich „fachowców”... Chyba zaczynam od nowa!

Dawne recenzje? Pisałam je dla „Magazynu Literackiego Książki”, „Nowych Książek”, „Rzeczpospolitej”, Czytelni „Polityki”, na strony „Pytania na śniadanie” i „Teleranka” (przepraszam, jeśli o czymś zapomniałam). Baaardzo ich dużo, a przecież więcej mówię, niż piszę o książkach.

A te, o których pisałam na tym blogu (pisane w ostatnich tygodniach), w większości jeszcze się nie ukazały. W kilku ostatnich „Nowych Książkach” są moje teksty; i w najbliższych też będą. Lubię tę z kilku książek Małgorzaty Strzałkowskiej – ale o mojej ulubionej książce „Zielony i Nikt” pisałam tylko (albo AŻ – skoro z okazji nagrody „Zielonej Gąski” Fundacji K.I. Gałczyńskiego) laudację. Z „Króla i morze” Heinza Janischa i Wolfa Erlbrucha. Z Żabek. Zaproponowałam do najbliższego numeru „Siedmiu Wspaniałych” (a chciałabym w ogóle o pani Roksanie – świetna, naprawdę; nagroda dla „Maleńkiego Królestwa Królewny Aurelki” w konkursie EMPIK-u Przecinek i Kropka, gdzie najpierw wybieraliśmy my, czyli jury, któremu miałam prawdziwą przyjemność przewodniczyć, a potem z dziesiątki najlepszych – wybierali już Czytelnicy; „Kosmita” – o którym też chciałoby się napisać, bo to bardzo piękna i ważna książka... A teraz te stare bajki w nowych interpretacjach – ech, jak zmieniają się role... Naprawdę bardzo dobre!)

W sumie – jest bardzo dużo tych recenzji – tych ulubionych  „dziecięcych” i ważnych dla mnie dorosłych.

W piątek spotkałam się z Wojtkiem Kucharskim, dzwoniliśmy do Tadeusza Pilasa (to dzięki niemu możecie obejrzeć recenzje-filmiki o książkach) – ale tak na hop-siup nie udało się nic wymyślić – a chciałabym zawiesić wiersze, choć część recenzji, piosenki. No nic, zobaczymy. Może wespół w zespół...

Dobrej nocy. Do

23:30, wierszarka
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 20 września 2010

Ciężko się siedzi w kącie – i po czasie nie wiadomo jak zacząć.

Trochę jak z przyjaźnią? Nie! Jak ze świeżą znajomością. Z przyjacielem jest tak, jakby czas nie istniał. Po prostu znów się widzimy i zaczynamy rozmowę w miejscu, gdzie urwał się (nie pamiętam kiedy...) wątek. A te podchody w znajomościach, szczególnie nowych... Buuuu ;-(

Tymczasem tak dużo w życiu zależy od kalendarza. Za moment – oddanie redakcji, a raczej ostatniej już korekty (w tekście książki zdanie: „Gdy Pan Bóg drzwi zamyka, to otwiera wrota” – no, chyba nie mnie; jeśli chodzi o mnie to okno z wiersza księdza Twardowskiego spokojnie by wystarczyło – byle nie wyfrunąć, jak skomentowała Małgosia Gutowska-Adamczyk, a te moje domowe dopiero na Boże Narodzenie będą, bo Pan od okien bardzo miły, ale kamienia na parapety przecież nie stworzy! – to takie nawiązanie do pierwszego wpisu... hmmm); jeszcze dziś wieczorem książka pójdzie do druku (a tu już w kolejce czeka kolejna, odebrana dziś o 16 z PIW-u, i znów się koło czasu toczy; i wciąż wokół książek; i coraz częściej czuję się, jakby to już kalendarz rządził, nie ja). Po niej następna. I następna. Długa lista.

Za dwa tygodnie – Frankfurt. Największe targi książki na świecie. Pierwszy raz byłam na nich jeszcze jako tzw. „młoda zdolna” (choć miałam już ze 33 lata – ale u nas długo można być młodym i zdolnym, choć z lustra patrzy już nie taka znów młoda i w dodatku wciąż bez gotowej odpowiedzi na Pana Boga retoryczne pytanie „Co zrobiłeś ze swoim talentem?”). Z tego pierwszego mojego Frankfurtu wróciłam kompletnie załamana. Jaki sens pisać, kiedy już wszystko napisano? Kiedy hale książek ciągną się w nieskończoność, a książka jest tylko kolorowym towarem! Do mnie! „Do mnie! U mnie najładniejsze!!! Moje się świetnie SPRZEDAJE”!!!

Dobrze, że poza Frankfurtem były wtedy spotkania w starych niemieckich miasteczkach akademickich i sympatyczna Ursula Wolf, która lubiła moje wiersze (i je podobno dobrze tłumaczyła).

Frankfurt dla organizatora warszawskich targów – to podziw dla ich niemieckiej organizacji (i sukces osobisty: tym razem już nie zgubiłam płaszcza! Zgubienie siebie to normalka, potrafię nie trafić nawet do biura organizatora w Warszawie, czyli zgubić się w Pałacu Kultury, więc co dopiero we Frankfurcie J). Zwiedzanie już metodyczne – hala po hali, kawiarnia po kawiarni, budka z pamiątkami za budką (takimi okołoksiążkowymi – grafiki, zakładki, stemple, ex librisy, okładki, podstawki pod książki – kilkaset metrów rzeczy absolutnie niezbędnych miłośnikom książek...). Kolejne targi – i umiem już trafiać bez spóźnienia na umówione spotkania, jeżdżę busikami, które łączą oddalone hale, i w ogóle – jest mi trochę łatwiej. No i za każdym razem obchodzę tam urodziny:-)

Z roku na rok coraz mniej boli ten natłok książek i to, że we Frankfurcie chodzi o biznes, nie o sztukę.

Czy to stępienie wrażliwości?

Może to zaskakujące porównanie, ale kiedy zobaczyłam pierwsza Rumunkę z dzieckiem leżącym na kamiennych schodach do przejścia podziemnego, chciałam jej oddać własny płaszcz (szłam wtedy na spektakl „Metro”; z całego „Metra” najlepiej pamiętam... tę Rumunkę). Teraz często nawet nie sięgam do kieszeni. Nie mogę zarabiać na wszystkich żebraków tego świata.

Czy to stępienie wrażliwości?

Motyw z Kafki: plaża; odwracanie robaczka za robaczkiem; ile można?

Jestem na etapie lęku przed kolejną stroną kalendarza – kolejny robaczek, kolejny, kolejny.

Giną te kolorowe – jak piątkowa audycja z Tomkiem (wczoraj przepiękny mail od ważnej dla mnie Pani, od mojego autorytetu z dzieciństwa a dziś kogoś jeszcze ważniejszego – jednej z tych osób, z którymi milczy się przez rok, a przecież rozmowa trwa jakby nigdy nic. Więc te miłe słowa były o tym, że Tomek i ja stanowiliśmy duet jak Przybora i Wasowski –  chyba w łódzkim „Eterku”? – w życiu nie spodziewałam się aż tak wysokiej oceny! Pani Profesor...).

Radio Vox - wśrodę pierwsze nagranie. Już nie godzina na żywo, tylko kilka minut, za to powtarzane... I jak tu marzyć o modzie na czytanie?

Za kilka dni wrócę na kilka minut do Jedynki, do Czterech Pór Roku (co poniedziałek) – by mówić, co warto czytać. To ma charakter telegramu czy jego współczesnej formy, czyli: o książce w sms-owym skrócie. Fajnie, bardzo lubię sms-y (kiedyś przeczytałam nawet, że piszę sms-owe wiersze, ok, może i tak – bo żyję w świecie sms-ów, choć lubię też poematy dygresyjne, jak w prawdziwej opowieści).

Te piątkowe wieczory były jak długi list, o którym trzeba z góry pomyśleć. I to myślenie było równie kolorowe i cieszyło jak sama audycja.

Muszę się nauczyć znajdować radość w pisaniu o książkach. Kiedyś pisałam dość dużo. Potem – wolałam mówić.

W piątek oddałam długi i ważny dla mnie tekst o serii książeczek o Żabce Maxa Velthuijsa; ostatnio wyszły Jak dobrze być Żabką i Żabka ma przyjaciela; a pięć lat temu Żabka i obcy.

Pięć lat – to dla nas, dorosłych, chwila, dla dzieci – epoka; część z nich już po prostu wyrosła z Żabki. Oczywiście – chwała wydawnictwu Wilga, że choć po 5 latach, ale wróciła do tych książek. Ale w serii jest ich 12 – więc wnuków można się wcześniej doczekać, niż z Żabką własne dziecko wychować. Dałam tej recenzji (dla „Nowych Książek”) tytuł „Prosto i mądrze”. Bo tak patrzy Żabka na ten świat.

W piątek w recenzji skupiłam się głównie na opowieści o akceptacji samego siebie – nie tej idiotycznie narcystycznej, w siebie zapatrzonej („Ale mam szczęście – mówi Żabka. –Jestem piękna i potrafię pływać i skakać jak nikt inny. Jestem cała zielona, ale tak się składa, że to mój ulubiony kolor. Cóż może być wspanialszego niż bycie Żabką?”), ale tej po doświadczeniach – po poznaniu już swoich braków, po etapie porównywania się z innymi, często bardziej lub po prostu w innych dziedzinach zdolnymi („Potrafię latać, a ty nie” – powie Żabce Kaczka, trochę na nią wkurzona, bo niby dlaczego niby zielone jest lepsze?; Świnka poczęstuje Żabkę wypiekami, Zając zaimponuje jej umiejętnością czytania. Jak zawsze mądry okaże się Szczur, ten sam, który w pierwszej wydanej w Polsce książeczce o Żabce był „tym obcym”; Szczur stwierdzi bez kompleksów, że co prawda nie umie latać, bo nie ma skrzydeł, ale za to świetnie majsterkuje).

Fajnie móc w końcu, czując wsparcie przyjaciół i pamiętając, że równie doskonały, jak zielony, jest różowy, biały, brązowy.

To także ładna opowieść o odzyskiwaniu radości bycia sobą. Dobrze jest móc spojrzeć w lustro i powiedzieć: „Jestem fajną zieloną Żabką”.

W opowieści o przyjaźni Żabki zaskoczyło mnie, że historia nie skończyła się na oswojeniu. Miś – pluszowy miś, który staje się Misiem przyjacielem, musi pewnego dnia zniknąć, bo tęskni za swoim dawnym życiem.

No i dziś, kiedy zostałam dotknięta zaborczością, poczułam się jak ten Miś, który chce żyć swoim – według jednych dobrym, według innych złym – ale własnym życiem. Nie według kalendarza obowiązkowych spotkań (obowiązkowa jestem w pracy, w przyjaźni chcę mieć szansę być jak przyjaciel Żabki – mieć prawo znikać i wracać – lub nie... nie, nie zdradzę Wam, jak skończyła się historia Żabki i Misia).

Do licha! Nie można kochać według kalendarza nawet będąc pluszowym misiem, a co dopiero Misiem oswojonym.

A swoją drogą to śmiesznie z tymi płciami bohaterów. Z Żabką jest jak z Myszką (Myszkiem) Miki ;-)

To są książeczki dla maluszków – w pełni autorskie, z fantastycznymi obrazkami (jaka cudna jest ta jego Żabka w czerwono-białych gatkach w paski; hmmm, po ostatnim Frankfurcie dosłałam od mojej przyjaciółki sąsiadki Asi tę właśnie Żabkę, ale po angielsku; maskotki nie udało mi się zdobyć; Holendrzy też nie sprzedawali, więc nie mam Żabki w oryginale – ot, to są właśnie targi biznesu, a nie miłośników książek).

A wcześniej była Żabka i obcy – znakomita opowieść o nietolerancji, stereotypach, ale się źle sprzedawała. Czy nikt się w takim momencie nie zastanawia, że może po prostu rodzice, bibliotekarze nie wiedzą, że taka książka wyszła? Tak mało się pisze o książce dziecięcej. Jakby nikomu na niej nie zależało, poza wydawcami i kilkorgiem pasjonatów.

No bo czemu na świecie Żabka dobrze się sprzedaje? Ta książka ma cudne kolorowe, świetnie narysowane obrazki. Proste, łatwe do przetłumaczenia zdania. Jest cieniutka. No tak, ale jest o Szczurze... I kółko się zamyka, bo przecież szczury są beeee...

Dziś napisałam o ponad stuletnich Powiastkach Beatrix Potter (tłumaczyła Małgorzata Musierowicz). Kurczę, gdyby tak słuchano jej, La Fontaine’a, Ezopa. Krasickiego i Mickiewicza też.

Ale się czyta nie czytając. Lektura, lektura, lektura. 3 x Z L Pamiętacie? Zdać, zakuć, zapomnieć...

Sama wciąż zapominam, jak skończyła Myszka, która Lwu powiedziała prawdę. Sorki, lepiej sobie pomilczę. Zaszyję się w czarnej dziurze, gdzie owszem, (jeszcze) można pracować, tylko – tak brak mi kolorów.

 

 

 

 

23:16, wierszarka
Link Komentarze (4) »
czwartek, 09 września 2010

„Każdy na świecie ma swój regał [z książkami], tylko wielu ludzi o tym nie wie. Niektórzy chcą wiedzieć, jak żyli ludzie w dawnych czasach, inni lubią przygody. Jeszcze inni uwielbiają straszne historie. Dziewczyny lubią czytać o miłości, chłopaki o kosmosie, potworach i dinozaurach. Książka to brama do innego świata: otwierasz i możesz zostać królową, filozofem, odkrywcą dzikich krain, mistrzynią kuchni, treserką tygrysów albo ogrodową wróżką, dzięki której wszystko kwitnie...” – pisze Natalia Usenko w książeczce dla dzieci, którą już trzeci raz z rzędu (za każdym razem w innej szacie graficznej) wydaje i ROZDAJE Empik w ramach kampanii edukacyjnej Przecinek i Kropka, której celem jest rozwijanie u dzieci pasji czytania. Fajny pomysł, bardzo sympatyczna opowieść – o historii książki, ale i o tym, że książka według dzisiejszego dziecka nie jest cool, a chodzenie do biblioteki to obciach (główni bohaterowie idą tam dosłownie za karę).

Chciałoby się o tym „karaniu czytaniem” napisać, ale najpierw jednak o tym własnym regale czy choćby półce z książkami. Zadzwoniła dziś przemiła młodziutka pani z Jedynki (czyli PR I) z prośbą o nagranie na sobotę wypowiedzi, czy mężczyźni czytają co innego, czy jest taki „podział’ ze względu na płeć.

Natychmiast rodzą się zastrzeżenia, że przecież wszelka generalizacja jest bez sensu; ale jednak statystyki są oczywiste – lubimyy co innego (nawet w tym krótkim fragmencie z Książki, przecinka i kropki czytamy, że „Dziewczyny lubią czytać o miłości, chłopaki o kosmosie, potworach i dinozaurach” (choć oczywiście czasem dziewczyny czytają o dinozaurach, a chłopcy o miłości...). Ale jak tu nie generalizować, skoro wczoraj na przedpremierowym pokazie filmu „Jedz, módl się, kochaj” (dla uśmiechu Julii Roberts oczywiście), były prawie same kobitki. A w spotkaniu brała udział sama autorka książki, Jedz, módl się, kochaj, która podbiła serca ponad 7 milionów czytelników. Choć raczej należałoby powiedzieć: czytelniczek.

Elizabeth Gilbert opowiedziała nawet stosowną anegdotę – o facecie, który czytał tę książkę owiniętą w „Playboya” – bo nie wypada pokazać się z babskim czytadłem w metrze :-) Wszystko się wydało, gdy zaczął śmiać do rozpuku się – no bo kto się zaśmiewa nad świeszczykiem?

To pewnie jeszcze inny wątek: wypada – nie wypada (ilu – jak Dostojewski – przyzna się, że lubi literaturę z „niższej półki” czy sensacyjne doniesienia z ostatniej strony brukowca, które potrafią być – jak w przypadku autora Zbrodni i kary – świetną trampoliną dla własnej twórczości?).

Chyba rzeczywiście czytamy podzieleni – mniej lub bardziej –ze względu na płeć. Choć teraz powinna nastąpić dłuuuga lista wyjątkowych:

  • książek (bo na przykład Bezsenność w Tokio Marcina Bruczkowskiego uwielbiają chyba obie płci – przynajmniej obie czytują go oficjalnie w metrze :-); chyba też tyle samo mężczyzn co koleżanek powoływało się w rozmowach ze mną na budzącą wiele dyskusji książkę Płeć mózgu – w mojej ulubionej jeszcze od licealnych czasów serii BMW; równie często – niezależnie od płci – ludzie używają określenia Kobiety są z Wenus, mężczyźni z Marsa – co jeszcze nie znaczy, że przeczytali książkę);
  • czytelników (choć znam chyba więcej dziewczyn czytających „męskie” tytuły niż odwrotnie – albo też się po prostu chętniej przyznają; może obciach działa tylko w jedną stronę?). Ale nie będziemy pokazywać paluchami, prawda?

W każdym razie wczoraj na widowni były rzeczywiście prawie same kobiety (choć głos w dyskusji zabierał najczęściej pewien pan, ale pytał głównie o to, czy trzeba jechać aż na Bali, żeby znaleźć fajnego faceta ;-((( „Tak” – powiedziała Liz. Buuuu, a ja nie wybieram się na Bali L (o nic, poczytam sobie o cudzych miłościach, koniecznie z happy endem).

Szczerze mówiąc, chwilami czułam się wczoraj na tej prapremierze jak facet – bo jednak miałam ochotę uciec od banału typu „Czas płynie” lub „Czas leczy rany” (na usprawiedliwienie swojej „jednak kobiecości” dodam, że się jednak ociupinkę popłakałam, jak wszystkie inne panie, a co!) – w świat Solaris Lema, gdzie nic do końca nie jest ani pewne, ani wyleczone (a przecież SF to domena chłopców!).

Tylko że odmienność nie jest jeszcze zaprzeczeniem stereotypu – i choć ja zaraziłam Kosiorka miłością do książek dziecięcych a on mnie do komiksów spod znaku Kultury Gniewu – to jednak „twarda pestka”, z której te nasze fascynacje wyrosły, była jednak bardzo stereotypowe.

Jasne, że można zawsze podzielić literaturę na „dobrą i złą” – i to jest dopiero kij w mrowisko, początek niekończącej się dyskusji, ale nie o tym dziś, nie o tym... Dziś o tym, że jednak dziewczynki wolą księżniczki, a chłopaki samochody. Kiedy więc mój szef wpada do mnie i mówi: „Daj mi coś fajnego do poczytania”, najpierw muszę sobie przełożyć „na jego”, czyli że: 1. jest facetem, 2. lubi historię, 3. fascynuje go polityka i władza. I dopiero gdy sobie to szybciutko przemyślę, sięgam po Baracka Obamę (Odziedziczone marzenia – super książka, gdyby facet nie był prezydentem, mógłby być naprawdę świetnym pisarzem; ostrzegam tylko przed audiobookiem z ta książką – jedynym, który miałam ochotę wyrzucić przez okno czy zarysować gwoździem). A ta sama książka jest dla mnie: 1. o tęsknocie za ojcem, 2. o niedocenianiu mamy, która po prostu jest, i zdziwieniu, gdy już jej nie ma i nie będzie, 3. o poszukiwaniu korzeni, 4. o dojrzewaniu młodego chłopaka do odpowiedzialności (prawdziwe scenki z trawką na murku w kiepskiej dzielnicy, nie zawsze poprawne politycznie – tak, tak, gdyby wtedy wiedział, że będzie Prezydentem USA, nie pisałby zapewne tak szczerze). Bo gdy już czytamy to samo, to niekoniecznie tak samo. I pewnie znów nie jedynym podziałem jest podział ze względu na płeć.  I może właśnie dlatego jednych chce się słuchać (prof. Jan Tomkowski), gdy mówią o książkach, a innych nie (ale znów – po co mam wskazywać palcem, prawda?).

A o nie-modzie na czytanie – to już jutro czy pojutrze.

Do przeczytania, Do

PS Szef zachwycony Obamą. Ufff

 

17:48, wierszarka
Link Komentarze (3) »
niedziela, 05 września 2010
W południe spotkanie z Janem Tomkowskim. Natychmiast chciałam się podzielić refleksjami. Ponad 3 wspólne godziny, które chciałoby się zapisać na najtwardszym dysku, żeby niczego nie uronić. Spróbuję może jutro zapisać choć drobiazgi – tę moją wdzięczność wobec profesora za oprowadzanie mnie od lat po literaturze, po świecie. Nie widzieliśmy się chyba z pół roku, więc trudno się było nagadać, nacieszyć spotkaniem. Tak, Janku, ZAMIESZKAĆ W BIBLIOTECE. Albo zapełniać, jak Ty (bym mogła się w nich zaczytywać) STARE ZESZYTY. Nic nie zapisałam, bo chwilę po wyjściu Janka szybciutko zaczęłam się zbierać na urodziny Kosiorka. Było fantastycznie! I dlatego dopiero wróciłam, i jestem półprzytomna, bo noc. Kosiorku, sto lat wśród takich przyjaciół, wśród takich barwnych ludzi, jacy dziś, w Twoim pięknym mieszkanku, opowiadali swoje „historie poznania się z Tomkiem”, jakich wokół siebie skupiasz. PS Nie muszę pewnie mówić, że wcześniej czy później w każdej urodzinowej opowieści pojawiała się książka, a niektórzy wychodzili z „pożyczkami”, na których Tomek wstemplowywał swój exlibris. PS II Jaka pyszna była ta japońska śliwowica! Hm... Dobranoc
02:16, wierszarka
Link Komentarze (10) »
 
1 , 2